Ranek zapowiadał się nawet ładnie...powiedźmy ,bo po pół godziny od
kiedy wstałem zaczęło padać...Ale ten deszcz był inny.Wskoczyłem na
powalony pień drzewa i uniosłem pysk ku górze uśmiechając się lekko.Tego
mi było trzeba....leciutkiego,kojącego deszczu który zmył ze mnie całe
poczucie winy że zostawiłem wszystkich moich
najbliższych.Tak...czas...jedyne co może ukoić ból po tak dużej
stracie...To będą już 3 lata od kiedy ostatni raz ich widziałem.Ale nie
żałowałem tego.Stałem się teraz innym wilkiem,który potrzebuje teraz
dwóch rzeczy - samotności i świętego spokoju,który tak szybko nie
nadejdzie bo po chwili przedemną pojawiła się szara wilczyca i cudownych
zielonych oczach które lśniły niczym szmaragdy pośród deszczowej
szarugi.Zwinnie zeskoczyłem z pnia i spojrzałem spokojnie na waderę.
-Czyżbyś się zgubiła...mała owieczko ? - spytałem
(Luic ?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz